Tomasz Raczek


Tomasz Raczek

Krytyk filmowy i publicysta (ur. 1957), właściciel Instytutu Wydawniczego Latarnik, redaktor naczelny (Film, Playboy, Voyage), dyrektor kanałów telewizyjnych (nFilm HD, TVP2), gospodarz programów tv (poczynając od „Ze sztuką na ty“ w 1986 – TVP2, 
przez „Perły z lamusa” z Zygmuntem Kałużyńskim – TVP2, „Siódme niebo” – Canal+, „Perły i wieprze” – nFilmHD po „Weekendowy magazyn filmowy“ – aktualnie w TVP1 
i "Kultowe rozmowy" - aktualnie w TVP Regionalna) i radiowych (PR2, TOK FM – „TOK o’clock“, obecnie – „Szczerotok”, RMF FM, Radio Klasyka – „Klasycznym raczkiem“).

Stworzył słynny duet z Zygmuntem Kałużyńskim znany z zażartych sporów o filmy prowadzonych zarówno w telewizji, jak i drukowanych w prasie i książkach.

Laureat „Wiktora“ oraz nagród za osiągnięcia w dziedzinie krytyki artystycznej
(m.in. Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego).

Jego najnowsza książka "KINOPASSANA" dowodzi, że oglądanie filmów jest ważnym elementem w procesie poznawania siebie, a także pracy nad sobą. 



Wiadomości

Tadeusz Kantor - DEMIURG

Tadeusz Kantor - DEMIURG

Na 100-lecie urodzin Mistrza.

Moje najsilniejsze przeżycie teatralne: rok 1976, piwnica krakowskiej galerii Krzysztofory, późny wieczór, tłum, ścisk, gorączkowe spojrzenia; błagania o bilety których dawno nie ma; poszukiwania wolnych miejsc, których jak zawsze zbyt mało. "Jestem studentem szkoły teatralnej" szepczę niczym zaklęcie do ucha kobiety decydującej o tym, kto może wejść i wciskam jej w rękę doniczkę z kwiatkiem (wydawał mi się czymś cenniejszym niż kwiat cięty); nie mam biletu a jednak wchodzę i przeżywam spektakl, który na długo zdefiniuje moje pojęcie prawdziwego teatru: Umarłą klasę Tadeusza Kantora.

Kantor i jego współpracownicy całkiem świadomie nie pozwalali widzom na luksus dobrego samopoczucia, na uruchomienie stereotypowych zachowań związanych z "chodzeniem do teatru". To nie miał być teatr lecz obrzęd, swoista loża masońska, objawienie proroka. W centralnym punkcie pozostawał sam Kantor – nie reżyser, lecz Demiurg-Stwórca. Najpierw robiło się całkiem cicho a potem z głośników uderzała huraganowa fala dźwięków. Głośniej niż na rockowym koncercie! Ale nie grało się tu rocka. Kantor ogłuszał staromodnym walcem Fracois, albo pieśnią religijną. Albo Chopinem. 

"To nieprawda, że człowiek nowoczesny to umysł, który zwyciężył lęk. Nie wierzcie! Lęk istnieje. Lęk przed światem zewnętrznym, lęk przed losem, przed śmiercią, lęk przed nieznanym, przed nicością, przed pustką". To słowa Kantora.

Literatura, malarstwo, architektura, film a nawet telewizja zostają jako dokumenty dla potomności. Teatr przemija z chwilą zakończenia spektaklu. Żyje krótko, lecz intensywnie, a potem zostaje jedynie w postaci odbicia w świadomości. Wspomnienia z teatru podobne są wspomnieniom z dzieciństwa: utrwalają się drobne szczegóły, przypadkowe być może zdarzenia, nastrój i generalne odczucie. Cala realność, materialność, dotykalność zapada się w cień zapomnienia. Podobnie jak istota życia najgłębiej wyraża się poprzez śmierć, tak teatr – przez umieranie. Podobnie jak lęk przed śmiercią jest dowodem umiłowania życia, tak obsesyjność umierania w sztuce Kantora jest najlepszym dowodem zrozumienia przezeń istoty teatru. Krótkie natężenie wszystkich zmysłów stwarzało teatr najprawdziwszy i przejmujący.

W ciągu długiego i pełnego poszukiwań życia Tadeusz Kantor okazał się autorem bardzo różnorodnej twórczości: od obrazów, przez ambalaże, happeningi aż po teatr. Częste podróże zagraniczne dawały mu tę przewagę nad innymi artystami, że wszystkie nowinki znał z pierwszej ręki. W jego twórczości odbijały się one wcześniej niż docierały do nas oryginały. Stąd dwuznaczny, czasem ironiczny stosunek krytyki do Kantora. Dopiero rok 1975 w sposób niepodważalny określił miarę jego talentu. Właśnie wtedy, po wielu latach poszukiwań, 60-letni Kantor stworzył dzieło naprawdę oryginalne, własne, przerastające swym znaczeniem wszystko, czego dokonał wcześniej: była to wystawiona w Teatrze Cricot-2 Umarła klasa.

W wydanym równocześnie manifeście Teatr śmierci napisał:

To dopiero umarli

stają się (dla żywych)

z a u w a ż a l n i

za tę najwyższą cenę

uzyskując

swoją odrębność

odróżnienie

swoją POSTAĆ

jaskrawą

i niemal

c y r k o w ą.

Wyobrażeniem owego "stanu śmierci" stał się w Teatrze Cricot-2 manekin. Niby-człowiek, z dokładnie odrobioną twarzą, z włosami a nawet z genitaliami. W Umarłej klasie w rytm ogłuszającego walca Francois przedziwne komando starców przeżywało przeistoczenie śmierci w młodość, która jednakże pozostawała młodością umarłą, odeszłą, niepowracalną. W rytm hukiem reanimowanego walca staruszkowie powracali do klasy i znowu stawali się uczniami. Z piwnicznego kąta wyciągali pokraczne kukły w szkolnych mundurkach. Taszczyli je martwe, bezwładne, niemłodzieńcze jako dowód swego zestarzenia; taszczyli siebie sprzed wielu lat. Lecz kukły dzieci pozostawały martwe martwotą manekinów i żadne reanimacyjne zabiegi na nic nie mogły się zdać. Umarła klasa była więc klasą umarłej młodości, rzędem ławek groteskowo gwałconych do szkolnej służby, choć wszystko co działo się dokoła miało i mogło mieć już tylko – jak ów rozkrzyczany, dawno już niezwiewny walc Francois – wartość pustego gestu.

Tajemnicą, którą uchwycił Kantor, jest spostrzeżenie, że najwyraźniejszym rozróżnieniem życia i śmierci w teatrze jest dotyk. Manekina można wszak ucharakteryzować, żeby wyglądał "jak żywy", można za pomocą technicznych sztuczek sprawić, żeby z jego ust słychać było wypowiadane słowa, można go zmusić do ruchu, ale przy każdym zetknięciu z ciałem żywego człowieka manekin zdradzi swoją sztuczność, swój brak życia. Manekin podda się człowiekowi: usadzony w ławce posłusznie w niej pozostanie. Nie zdobędzie się jednak na odruch protestu, nie zareaguje na żaden bodziec. Jest uwięziony w tym samym repertuarze nie prowadzących do niczego gestów, w pozorności swego bytu. Można nim rzucić o ziemię – nie zaboli. Raczej zaboli tego, co nim rzuca.

Umarła klasa obezwładniła krytyków, pozostawiając ich zrazu kompletnie pogubionych. Pełne zaskoczenie było zresztą udziałem widzów na całym świecie. Wkrótce przyznali jednak Kantorowi miano jednego z najwybitniejszych twórców współczesnego teatru. Podobnie myślałem i ja. Gdy mniej więcej 10 lat po pamiętnej nocy spędzonej w Teatrze Cricot-2 dzięki doniczkowemu kwiatkowi wręczonemu bileterce, spotkałem się z Tadeuszem Kantorem przed kamerami telewizji, by przeprowadzić z nim wywiad na żywo, przeżyłem niemałe zaskoczenie. Mistrz, gdy tylko usłyszał, że jest "jednym z najwybitniejszych twórców teatru XX wieku", potoczył wściekłym wzrokiem i powiedział: "Myli się pan, nie jestem jednym z najwybitniejszych. Jestem najwybitniejszy!"

Nie miałem ochoty żeby się o to sprzeczać nie tylko dlatego, że z Kantorem nigdy jeszcze w podobnych przepychankach nikt nie wygrał, ale i dlatego, że w gruncie rzeczy z nim się zgadzałem. Rozmowa miała wszak miejsce już po premierze kolejnego arcydzieła teatralnego: Wielopole, Wielopole, które okazało się projekcją świadomości Kantora, a raczej projekcją obrazu, jaki w jego świadomości odcisnęły jego własne losy. Nie wszystko zresztą można było w ten sposób wytłumaczyć. Czasem gorączkowy wzrok Dyrygenta-Demiurga, którym w przedstawieniu był on sam, i jego kategoryczne gesty, wprawiające w ruch świat fantomów i manekinów, bliższe były estetyce podświadomości i snu. Wizja dzieciństwa powracała uporczywie jako strzępy rzeczywistości obsesyjnie powtarzane, wykruszone, umierające już w momencie wskrzeszania do życia. Największe etosy kultury – dom, wojna, religia – przeplatały się niezmordowanie, bezwolnie, nie zdążając ku niczemu ani niczego nie zmieniając, znacząc – co zaczynaliśmy odczuwać coraz boleśniej – nieważność naszego istnienia.

Teatru Kantora nie należało rozumieć. Nie było tu treści, które dałyby się z polonistyczną poprawnością zanalizować. Za to było wiele do przeżywania. Twarz Kantora przypominała stare rysunki proroków, czarodziejów, hochsztaplerów. Była tajemnicza, surowa, okrutna w swym braku ludzkich drgnień, uśmiechów, łagodności. W jego teatrze o muzyce nigdy nie można było powiedzieć, że za głośna, o dialogach – że źle zbudowane lub nic nie znaczące. Tekst był tu bowiem werbalnym ekwiwalentem obrazu a muzyka dopełnieniem atakującej nasze zmysły fizycznej dotykalności gry aktorów. Spełniała więc rolę swoistego "masażu zmysłów", wprowadzającego widzów w stan pozwalający na pełną percepcję takiego teatru.

Teatr w ujęciu Kantora był rozbitym na okruchy kulturowych rytuałów misterium umierania. Opowiadało się tutaj o odchodzeniu młodości, o przemijaniu pokoleń, o umieraniu domów, miast i ludzi. W zaczarowanym kręgu tego misterium wszyscy pozostawali stale obecni – tylko raz po raz ktoś padał, martwiał, stając się manekinem. Tak jakby przy nim wybuchała maleńka bomba neutronowa – niczego nie naruszając, nie burząc, nie odkształcając, tylko wypuszczając ze środka życie, zatrzymując akcję serca, przecinając gordyjskie węzły nerwów.

Im więcej jednak mówiło się u Kantora o śmierci, tym stawało się jaśniejsze, że prawdziwym tematem jest życie, dzięki zestawieniu z martwotą jeszcze bardziej namiętne, gorączkowe, prawdziwe. Jakby ośmielone obrazem śmierci, przywykłe do niej i z nią oswojone – na chwilę wyzbyte wiecznego lęku o przyszłość.

Chodziłem na spektakle teatru Cricot-2 Tadeusza Kantora wielokrotnie. Właściwie – zawsze, kiedy tylko udało mi się na nie dostać. W Krakowie, Warszawie, Nowym Jorku. Zawsze towarzyszyło mi to samo wrażenie, co w 1976 roku: że nigdy, w żadnym innym teatrze na świecie nie spotka mnie nic ważniejszego.

Kiedyś, w czasie krótkiej nerwowej rozmowy tuż przed rozpoczęciem przedstawienia Wielopole, Wielopole w warszawskiej "Stodole" Kantor dał mi drukowany program teatralny z zakreślonym fragmentem. Teraz, gdy już od dawna go nie ma, przepisuję zaznaczone słowa:

Stoimy w drzwiach żegnając nasze dzieciństwo

bezradni,

na progu wieczności i śmierci,

w tym biednym i mrocznym pomieszczeniu,

za tymi drzwiami

szaleją burze i piekło ludzkie,

wzbierają fale potopu,

od którego nie uchronią nas

białe i słabe ściany naszego pokoju,

naszego codziennego

"kalendarzowego" czasu…

Ważne wypadki zbliżają się nieubłaganie,

wystarczy tylko otworzyć drzwi…

Czytaj także


Sklep

Blog


Tomasz Raczek w serwisach społecznościowych

Zamknij