Tomasz Raczek


Tomasz Raczek

Krytyk filmowy i publicysta (ur. 1957), właściciel Instytutu Wydawniczego Latarnik, redaktor naczelny (Film, Playboy, Voyage), dyrektor kanałów telewizyjnych (nFilm HD, TVP2), gospodarz programów tv (poczynając od „Ze sztuką na ty“ w 1986 – TVP2, 
przez „Perły z lamusa” z Zygmuntem Kałużyńskim – TVP2, „Siódme niebo” – Canal+, „Perły i wieprze” – nFilmHD po „Weekendowy magazyn filmowy“ – aktualnie w TVP1 
i "Kultowe rozmowy" - aktualnie w TVP Regionalna) i radiowych (PR2, TOK FM – „TOK o’clock“, obecnie – „Szczerotok”, RMF FM, Radio Klasyka – „Klasycznym raczkiem“).

Stworzył słynny duet z Zygmuntem Kałużyńskim znany z zażartych sporów o filmy prowadzonych zarówno w telewizji, jak i drukowanych w prasie i książkach.

Laureat „Wiktora“ oraz nagród za osiągnięcia w dziedzinie krytyki artystycznej
(m.in. Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego).

Jego najnowsza książka "KINOPASSANA" dowodzi, że oglądanie filmów jest ważnym elementem w procesie poznawania siebie, a także pracy nad sobą. 



Blog

Moje wspomnienie o Freddim Mercury: Cień fauna

Moje wspomnienie o Freddim Mercury: Cień fauna

poniedziałek, 5 września 2011, 18:51

Freddie Mercury należał do postaci, które zawsze przysparzają kłopotów obserwatorom i krytykom, a wielbicielom rozterek. Główną przyczyną zamieszania, jakie wprowadzał, była jego wszechstronność. Zostaliśmy wychowani w tradycji jednoznaczności. Czujemy w sobie wewnętrzny imperatyw samookreślenia wobec reguł przyjętych przez większość. Codziennie zmuszani jesteśmy do odpowiedzi, pozwalających przydzielić nas do jednej z istniejących grup: liberał lub konserwatysta, romantyk lub racjonalista, chudy lub gruby, śmieszny lub smutny, przywódca albo poddany, aktywny - pasywny, mądry - głupi, odważny - strachliwy, męski - damski, żarłok - niejadek. Wszystkie te podziały są oczywiście monstrualnym nieporozumieniem. Zrodziło je prymitywne, wojskowe pragnienie szeregu i musztry. Każdy, kto z szyku wystaje, stwarza kłopot, nie może więc liczyć na awans.

Freddie Mercury, wokalista brytyjskiej rockowej grupy Queen, wystawał zawsze ze wszystkich szyków. Do dzisiaj jego koledzy są speszeni i zdezorientowani, gdy przychodzi im spotykać rozmaitych przyjaciół Freddiego. Ubrani w skóry, podarte jeansy i spocone podkoszulki długowłosi rockmani z heavy-metalowych grup mają oto podać rękę hiszpańskiej primadonnie -  operowej, pulchnej i złotogłosej Montserrat Cabbale. Szkopuł w tym, że wzajemnie o sobie nic nie wiedzą. Żyją w innych światach. Metalowych gitarzystów skręciłoby z nudów w operze, a puszysta diva uciekłaby pewnie z krzykiem przed jazgotem gitar i łomotem perkusji. Ale zarówno oni, jak i ona współpracowali z Freddim Mercury, nagrywając wspólne płyty.

Był fenomenem, zdolnym znaleźć swe miejsce w każdej stylistyce. Jego talent pozwalał mu być rockowym idolem, ale z równym powodzeniem bywał aktorem i śpiewakiem operowym. Miał fantazję, odwagę, charyzmę. Nigdy nie bywał pretensjonalny. Po prostu chciał spróbować wszystkiego, co niesie życie. I próbował.

Jasny, mocny, dramatyczny baryton, którym dysponował, łatwo przechodził (w wyższych rejestrach) w soczysty kontralt, co dawało mu możliwości wokalne, z którymi nie może się równać żaden z żyjących solistów rockowych. Smutną ilustracją tej prawdy stał się koncert, zorganizowany na londyńskim stadionie Wembley wkrótce po dramatycznej śmierci Freddiego na AIDS. Wystąpili prawie wszyscy, z którymi się kiedyś zetknął. Od metalowców Guns'n'Roses po Eltona Johna, George'a Michaela, Davida Bowie. Gdy śpiewali przeboje grupy Queen i Freddiego, wyraźnie się czuło, że nie mogą im sprostać a kamery pokazywały powiewający nad głowami publiczności transparent: "Freddie był tylko jeden!" Blisko sto tysięcy widzów czciło pamięć wielkiego artysty, zdając sobie sprawę, że ich idol przerastał większość swoich następców wrażliwością, inteligencją i erudycją.

Był niezwykle wrażliwy. Najbliżsi mu ludzie w tym właśnie dopatrywali się przyczyny jego samotności i braku osobistego szczęścia. Szukał miłości łapczywie i wszędzie. U kobiet i u mężczyzn. Podziwiali go, wychwalali, wykorzystywali. Najczęściej jednak nie rozumieli sensu większości jego maskarad, zabaw, szaleństw. Nie czuli, że każdy nowy kostium oznacza ucieczkę.

Freddie Mercury uwielbiał się przebierać. Za błazna, wariata, kobietę, fauna. Czy pamiętacie teledysk do piosenki I Want To Break Free? Mini spódniczka, czarna peruka, buty na obcasach, obcisła bluzka, podkreślająca bujny kobiecy biust i równie bujny czarny wąs. W ręku odkurzacz. Parodia gospodyni domowej. Potem następował fragment, na który mało kto zwracał uwagę, a przecież był on szczególnie znamienny. Freddie zamieniał się w fauna. Obcisły kostium w cieliste plamy i charakterystyczna poza, która przeszła do historii baletu nowoczesnego były przywołaniem postaci Wacława Niżyńskiego i jego legendarnej kreacji w Popołudniu fauna Claude Debussy'ego.

Od paryskiej premiery "Les Ballets Russes" Diagilewa mijało dokładnie 80 lat. Polski tancerz, Niżyński, był postacią sławną i tragiczną. Rozdarty pomiędzy miłość mężczyzny, której nie umiał przyjąć, a miłość kobiety, której nie sprostał - popadł w szaleństwo. Zanim jednak dosięgła go choroba, stworzył wstrząsający obraz samotnego, powabnego artysty, oddającego się rozkoszom medytacji i niczym nieskrępowanej fantazji twórczej.

Kto z widzów na stadionie Wembley o tym wiedział? Bardzo niewielu. Niewielu też rozumiało tę szczególną pustkę, jaka została po odejściu Freddiego Mercury oznaczającą powrót do jednoznacznych podziałów, czystych konwencji, wąskich specjalności. Brakuje mi niepokojącej dwuznaczności, zaskakujących skojarzeń, wizualnej inwencji i unikalnego, pełnego męskiej namiętności głosu Freddiego. Brakuje kogoś, kto umiał i chciał być "pomiędzy" obyczajami i konwencjami. Kto był personifikacją swobodnego, uniwersalnego nie znającego ograniczeń talentu.

The Show must go on (Przedstawienie musi toczyć się dalej), zaśpiewał w ostatnim przeboju Freddie Mercury, ale koncert na Wembley, poświęcony jego pamięci i zorganizowany, by znaleźć fundusze na walkę z AIDS, zakończono inną piosenką. Podobno było wolą Freddiego, by zaśpiewała ją Liza Minnelli; artystka, którą cenił najwyżej. Jeszcze raz okazało się, że miał rację: We Are The Champions (Jesteśmy zwycięzcami) w wykonaniu Lizy nabrało wyjątkowej i zaskakującej siły. Ale i tak odniosłem wrażenie, że wiara w zwycięstwo tych, co pozostali, jest tylko robieniem dobrej miny.

Czytaj także

  • Moja recenzja: HOBBIT. Pustkowie SmaugaMoja recenzja: HOBBIT. Pustkowie Smauga Flmowy jeleń na rykowisku Z "Hobbitem" jest ten problem, że czyniąc pozory filmu nowoczesnego (bo przecież 3D) w rzeczywistości jest gigantycznym regresem w poszukiwaniach... more >
  • Moja recenzja: WIELKI LIBERACEMoja recenzja: WIELKI LIBERACE Mój fortepian od Liberace Filmy biograficzne to istna kwadratura koła: z jednej strony mają opowiedzieć historię realnej, interesującej osoby, odmalować jej... more >
  • Moja recenzja: WKRĘCENIMoja recenzja: WKRĘCENI Ogłaszam alarm dla polskiej komedii filmowej! Jest z nią bardzo źle - jeden z najbardziej pożądanych przez widzów gatunek środowisko twórców traktuje... more >

Sklep


Tomasz Raczek w serwisach społecznościowych

Zamknij